Prosta odpowiedź: nie

Nie da się zahipnotyzować kogoś wbrew jego woli — ani na scenie, ani w gabinecie, ani w żadnym filmiku z internetu, który obiecuje inaczej. Hipnoza wymaga współpracy osoby hipnotyzowanej, i bez tej współpracy proces po prostu się nie zaczyna. A jeśli mimo wszystko ktoś spróbuje, kończy się to najwyżej na płytkim rozluźnieniu, nigdy na prawdziwym transie (Kihlstrom, 2008).

To nie jest zresztą prywatna opinia jednego terapeuty, tylko oficjalna definicja przyjęta przez Sekcję 30 Amerykańskiego Towarzystwa Psychologicznego, która opisuje hipnozę jako stan skupionej uwagi i zawężonej świadomości peryferyjnej, w którym rośnie podatność na sugestię — ale sama sugestia i tak wymaga zgody na jej przyjęcie (Green, Barabasz, Barrett i Montgomery, 2005). Bez tej zgody nic się nie dzieje. Zostaje tylko osoba, która siedzi z zamkniętymi oczami i czeka, aż to się skończy.

Skąd bierze się lęk przed hipnozą wbrew woli

A jednak prawie połowa ludzi wierzy w coś dokładnie przeciwnego. W badaniu porównującym studentów z Australii, Niemiec, USA i Iranu aż 49% respondentów zgodziło się ze stwierdzeniem, że boi się hipnozy, bo oznacza ona oddanie wolnej woli hipnotyzerowi (Green, Page, Rasekhy, Johnson i Bernhardt, 2006). Podobny odsetek, 62%, sądził, że osoba zahipnotyzowana słyszy wyłącznie głos hipnotyzera i traci kontakt z resztą otoczenia.

Żadne z tych przekonań nie ma pokrycia w badaniach, więc warto zapytać, skąd się w ogóle wzięły. Odpowiedź jest prosta: ze sceny. Występ hipnotyzera estradowego wygląda jak utrata kontroli, kiedy ktoś z publiczności gdacze jak kura na komendę, ale to, co widzimy, to selekcja, nie manipulacja. Hipnotyzer estradowy przesiewa salę pod kątem osób wysoko sugestywnych i chętnych zagrać rolę, a potem daje im społeczne przyzwolenie na zrobienie czegoś absurdalnego. Nikt nikogo do niczego nie zmusza — kto naprawdę nie chce gdakać, ten po prostu nie gdacze.

Kurtyna teatralna oświetlona reflektorem — scena, na której rodzi się mit hipnozy estradowej
Zdjęcie: brokentrinkets (Flickr), CC BY 2.0

Co realnie ogranicza sugestię

Podatność na hipnozę, czyli to, co badacze nazywają hypnotic suggestibility, jest zmienną, a nie stanem zero-jedynkowym. Rozkłada się w populacji podobnie jak inteligencja: większość ludzi mieści się gdzieś w środku skali, część jest bardzo nisko sugestywna, a część bardzo wysoko. Nawet u tych najbardziej podatnych sugestia działa selektywnie — reagują na treści zgodne z ich wartościami i celem sesji, a nie na dowolne polecenie (Kihlstrom, 2008).

Właśnie dlatego terapeuta prowadzący sesję hipnozy klinicznej zaczyna od pytań o cel, obawy i granice. Nie chodzi o to, żeby „złamać opór" pacjenta, bo opór jest integralną częścią całego procesu. Osoba w transie zachowuje pełną zdolność do odmowy, przerwania sesji czy otwarcia oczu w dowolnym momencie. Nie ma tu mowy o żadnym znieczuleniu ogólnym — to raczej stan podwyższonej, nie obniżonej, koncentracji na tym, co się właśnie dzieje.

Gdzie faktycznie leży ryzyko

Nie oznacza to jednak, że hipnoza jest całkowicie wolna od ryzyka. Realne zagrożenie nie leży w mitycznej „utracie woli", tylko w pamięci — a konkretnie w tym, jak łatwo trans potrafi zniekształcić wspomnienia, gdy prowadzi go ktoś niedoświadczony albo działający z ukrytą tezą. Metaanaliza badań nad tak zwaną hipnozą sądową pokazała, że stan hipnotyczny wcale nie zwiększa dokładności zeznań świadków, za to zwiększa liczbę fałszywych, zniekształconych lub całkowicie zmyślonych wspomnień, przy jednoczesnym wzroście pewności co do ich prawdziwości (Steblay i Bothwell, 1994). To właśnie dlatego sądy w wielu krajach, w tym w USA, ograniczyły albo całkiem zakazały wykorzystywania zeznań uzyskanych pod hipnozą.

Z tego wynika praktyczny wniosek: pytanie „czy hipnoza może mnie do czegoś zmusić" jest po prostu źle postawione. Lepiej zapytać, czy osoba, która mnie prowadzi, wie, jak nie wmówić mi wspomnienia, którego nigdy nie było. To kwestia kompetencji terapeuty, a nie jakiejś mistycznej mocy samej techniki.

Co to oznacza dla sesji w gabinecie

Sesja hipnoterapeutyczna nie jest momentem, w którym oddajesz stery komuś innemu, tylko momentem, w którym decydujesz, na czym pozwalasz swojej uwadze się skupić, mając przy sobie kogoś, kto zna mapę tego procesu. Sugestia, która nie pasuje do tego, kim jesteś, po prostu nie zadziała, a kiedy chcesz przerwać, przerywasz. Cała reszta pracy polega na tym, żeby skupiona uwaga poszła w stronę, która realnie coś zmienia: ból, nawyk, lęk czy wspomnienie, które trzyma cię mocniej, niż powinno.

W SACRUM sesje hipnoterapii prowadzą Magdalena Gajdzińska i Weronika Wąsiakowska. Jeśli po przeczytaniu tego tekstu wciąż nie masz pewności, czy to dla Ciebie, to dobry sygnał, żeby zapytać wprost, zanim cokolwiek się zacznie. Możesz umówić rozmowę o hipnoterapii albo poczytać więcej w dziale Wiedza.

Nikt nikogo nie zahipnotyzował wbrew jego woli, bo po prostu nie było takiej potrzeby.

Cicha, spokojna przestrzeń do namysłu przed decyzją o sesji
Zdjęcie: hnt6581 (Flickr), CC BY 2.0

Bibliografia